Ile trwa wyrobienie nawyku? 21 dni to mit

Dłoń dopisuje kredą kolejną kreskę na ciemnej tablicy pełnej rzędów kresek odliczających dni.

Wyrobienie nawyku trwa zwykle około 2 miesięcy, a nie 21 dni. W najczęściej cytowanym badaniu mediana wyniosła 66 dni, a rozrzut między osobami sięgał od 18 do 254 dni. Liczba 21 dni nie pochodzi z żadnego badania nawyków. O tempie decyduje głównie to, czy nowa rzecz pasuje do Twojego dnia.

A teraz po kolei, bo sama liczba 66 też potrafi zaszkodzić.

Ile trwa wyrobienie nawyku według badań

Najczęściej cytowane jest badanie Phillippy Lally z University College London z 2010 roku.

96 osób wybrało jedną nową rzecz związaną z jedzeniem, piciem albo ruchem. Robiły ją codziennie w tym samym momencie dnia, na przykład po śniadaniu. Przez 12 tygodni notowały, czy ją wykonały i na ile dzieje się już bez myślenia.

Mediana wyniosła 66 dni. Najszybsza osoba potrzebowała 18 dni, a najwolniejsza, według wyliczeń badaczy, 254.

W 2024 roku badacze z Australii zebrali 20 takich badań na 2601 osobach. Mediany wyszły podobnie: 59-66 dni. Średnie były wyższe, 106-154 dni. A rozrzut jeszcze większy, od 4 do 335 dni.

Źródło Kogo badano Ile trwało wyrobienie nawyku
Lally i in., 2010 96 osób, 12 tygodni mediana 66 dni, od 18 do 254 dni
Singh i in., 2024, przegląd 20 badań 2601 osób mediany 59-66 dni, średnie 106-154 dni, od 4 do 335 dni
„Reguła 21 dni” nikogo, to nie było badanie obserwacja chirurga z 1960 roku

Uczciwy wniosek jest taki: nawyk zaczyna działać sam zwykle po około 2 miesiącach. U części osób dopiero po kilku miesiącach.

21 dni to mit z książki chirurga, nie wynik badania

Liczba 21 dni pochodzi z książki „Psycho-Cybernetics” Maxwella Maltza z 1960 roku. Maltz był chirurgiem plastycznym. Zauważył, że pacjenci potrzebują co najmniej około 21 dni, żeby przyzwyczaić się do nowego wyglądu.

To była obserwacja z gabinetu, a nie badanie nawyków. Z czasem „co najmniej 21 dni” skróciło się do „21 dni” i trafiło do poradników.

I to wcale nie jest niewinna pomyłka.
Bo jeśli po 3 tygodniach nowa rzecz dalej wymaga wysiłku, łatwo uznać, że coś jest z Tobą nie tak.

Nic nie jest. Jesteś po prostu w jednej trzeciej drogi.

Tempo nawyku zależy od dopasowania, nie od charakteru

Ta sama zmiana potrafi wejść w 3 tygodnie albo w 8 miesięcy. I to wcale nie jest kwestia silnej woli.

Przegląd z 2024 roku wskazuje, od czego zależy siła nawyku. To częstotliwość, pora dnia, rodzaj nawyku i to, czy jest Twoim własnym wyborem. Nawyki poranne i wybrane samodzielnie były zwykle mocniejsze.

Mówiąc prościej: liczy się to, jak bardzo nowa rzecz pasuje do dnia, w którym ma się wydarzyć.

U osoby ze spokojnymi porankami śniadanie z białkiem może wejść w kilka tygodni. U osoby, która o 7 odwozi dziecko, a o 8 ma pierwsze spotkanie, ten sam nawyk potrzebuje innego miejsca w dniu. Albo innej formy.

Jeśli prowadzisz firmę lub zespół, to znasz ten mechanizm z pracy. Nikt nie wdraża nowego procesu według harmonogramu z cudzej firmy.

A ze zdrowiem większość z nas robi dokładnie to.

Opuszczony dzień nie kasuje nawyku

W badaniu Lally pominięcie jednej okazji nie wpływało istotnie na budowanie nawyku. Automatyczność rosła dalej.

To ważne, bo plan najczęściej nie pada na wielkiej porażce. Pada na jednym opuszczonym dniu i myśli „i tak już po wszystkim, zacznę od poniedziałku”.

Badanie mówi o pojedynczym dniu, nie o 2 tygodniach przerwy. Ale jeden dzień to nie jest powrót na start.

Jak wyrobić nawyk szybciej: 5 kroków

  1. Wybierz nawyk samodzielnie. Nie ten z cudzego planu. W przeglądzie badań własny wybór wiązał się z mocniejszym nawykiem.
  2. Przypnij go do stałego punktu dnia. „Po śniadaniu”, „po odstawieniu kubka po kawie”, „po zamknięciu laptopa”. W badaniu Lally każdy robił swoją rzecz zawsze w tym samym momencie.
  3. Jeśli możesz, wybierz poranek. Nawyki poranne były w badaniach zwykle mocniejsze.
  4. Zmniejsz go, aż zmieści się w zwykły wtorek. 10 minut spaceru zamiast godziny treningu. Nazywam to Minimalną Skuteczną Dawką: tyle, ile wystarczy, żeby zadziałało.
  5. Wdrażaj jedną zmianę naraz. 3 nowe nawyki od poniedziałku to 3 rzeczy, o których trzeba pamiętać jednocześnie.

Kroki 1-3 wynikają z badań. Kroki 4 i 5 z pracy z ludźmi.

Od którego nawyku zacząć, opisałem we wpisie o kolejności. Więcej o samym mechanizmie nawyku jest w starszym wpisie „Jak budować trwałe nawyki”.

Kiedy nawyk to za mało i potrzebny jest specjalista

Te badania dotyczą prostych zachowań: szklanki wody, owocu do posiłku, spaceru, ćwiczeń. Nie dotyczą uzależnień ani leczenia.

Idź najpierw do lekarza albo psychologa, jeśli:

  1. Chodzi o alkohol, nikotynę albo inne uzależnienie.
  2. Masz napady objadania albo jedzenie zajmuje Ci myśli przez większość dnia.
  3. Od tygodni brakuje Ci sił i chęci na cokolwiek, nie tylko na nowe nawyki.
  4. Zmiana dotyczy zaleceń lekarza albo leków.

Nie stawiam diagnoz. Pracuję z nawykami wokół jedzenia, ruchu i snu.

Najczęstsze pytania o wyrabianie nawyków

Czy nawyk wyrabia się w 21 dni?

Nie. Liczba 21 dni pochodzi z książki chirurga plastycznego z 1960 roku, a nie z badania. W badaniach wyrobienie nawyku zajmowało zwykle około 2 miesięcy, z dużym rozrzutem między osobami.

Ile dni potrzeba, żeby nawyk stał się automatyczny?

Mediana w badaniach to 59-66 dni. Zakres jest szeroki: od 4 do 335 dni, zależnie od osoby i od nawyku.

Co się stanie, gdy opuszczę jeden dzień?

Nic poważnego. W badaniu na 96 osobach pominięcie jednej okazji nie wpływało istotnie na budowanie nawyku. Wracasz następnego dnia, bez zaczynania od zera.

Dlaczego nawyk po miesiącu dalej wymaga wysiłku?

Bo miesiąc to zwykle połowa drogi. Jeśli po 2-3 miesiącach nadal idzie ciężko, warto sprawdzić miejsce nawyku w dniu i jego rozmiar, zanim obwinisz motywację.

Nie licz dni. Sprawdź, czy nawyk pasuje do Twojego dnia

Plan z internetu zna tylko swoje 21 dni. Twojego tygodnia nie zna.

Dlatego zamiast pytać „ile jeszcze dni”, zapytaj, czy ta rzecz ma swoje stałe miejsce w Twoim dniu.

Raz w tygodniu wysyłam maila o zdrowiu, które da się utrzymać w zwykłym tygodniu. Tu się zapisujesz.

Albo napisz mi jednym zdaniem, który nawyk próbujesz wdrożyć najdłużej, na LinkedInie albo na Instagramie. Odpisuję na każdą wiadomość.

Patryk Ogar, trener personalny od 12 lat, z certyfikatami ISSA Nutritionist i Health Coach. Ostatnia aktualizacja: 5 października 2026.

Trener personalny online. Ile kosztuje i za co właściwie płacisz

Kobieta rano w kuchni robi telefonem zdjęcie śniadania, obok laptop i otwarty kalendarz tygodniowy.

Trener personalny online kosztuje w Polsce od około 100 do 700 zł miesięcznie, jeśli chodzi o plan i kontakt z trenerem. Pełna współpraca 1:1, z rozmowami, żywieniem i codziennym prowadzeniem, zaczyna się mniej więcej od 900 zł miesięcznie. Trening na sali to zwykle 100-200 zł za godzinę. Różnica w cenie to przede wszystkim różnica w tym, co dostajesz.

A teraz po kolei, bo sama kwota mówi niewiele.

Trener personalny online: ile kosztuje w 2026 roku

Cenniki układają się w cztery półki:

  1. Gotowy plan albo aplikacja. Od kilkudziesięciu do około 130 zł miesięcznie. Dostajesz rozpisane treningi, czasem jadłospis. Przykładowy cennik z 2026 roku zaczyna się od 129 zł za miesiąc.
  2. Plan z kontaktem i korektą. Według zestawienia cen z 2026 roku 200-400 zł miesięcznie w wersji podstawowej i 400-700 zł w wersji z konsultacjami.
  3. Pełna współpraca 1:1 online. Rozmowy na żywo, żywienie, codzienna reakcja trenera. Z cenników, które przeglądałem w sierpniu, wychodzi około 900-1 200 zł miesięcznie.
  4. Trening personalny na sali. Według tego samego zestawienia najczęściej 100-200 zł za godzinę, w Warszawie od 100 do 300 zł.

Każda z tych półek jest uczciwa. Tylko że każda sprzedaje coś innego.

Trening za 150 zł też znajdziesz. Pytanie, co w nim jest

Znajdziesz trenera za 150 zł za godzinę i znajdziesz plan online za 100 zł miesięcznie. Nie ma w tym nic złego.

Warto tylko wiedzieć, za co płacisz. Za 150 zł kupujesz jedną godzinę czyjejś uwagi. Jeśli trenujesz raz w tygodniu, przez pozostałe 167 godzin jesteś sam z jedzeniem, snem i całą resztą.

I tu zaczyna się pytanie o jakość. Kto stoi za tą ceną? Ile lat pracuje, z kim, na jakich kwalifikacjach? Czy plan jest ułożony pod Ciebie, czy to szablon, który dostaje każdy? Czy ktoś zareaguje, gdy w środę wszystko Ci się rozjedzie?

Tanio nie znaczy źle. Ale niska cena prawie zawsze oznacza, że trener ma dla Ciebie mniej czasu. Inaczej by się to nie spinało.

Za co naprawdę płacisz

Najdroższy trening to ten, który rzucisz po trzech tygodniach.

Większość osób, z którymi rozmawiam, ma za sobą karnet, aplikację, dietę z internetu i czasem trenera. Za każdym razem płaciły za plan. Żaden z tych planów nie był ułożony pod ich tydzień.

Dlatego w droższej współpracy nie płacisz za więcej ćwiczeń. Płacisz za czas trenera poza treningiem:

  • za rozmowę, w której ktoś poznaje Twój tydzień, zanim cokolwiek rozpisze,
  • za dopasowanie planu do godzin, które naprawdę masz,
  • za reakcję wtedy, gdy coś nie działa, a nie miesiąc później.

Jeśli ciągle zaczynasz od nowa, ten wpis o kolejności wyjaśnia, dlaczego zwykle zaczynamy od złej strony.

O co zapytać trenera przed zakupem

Pięć pytań, po których szybko zobaczysz, co jest w cenie:

  1. Od czego zaczniesz? Dobra odpowiedź to rozmowa o Twoim tygodniu, nie formularz z wagą i celem.
  2. Jak często będziemy w kontakcie i w jakiej formie? Raz w miesiącu mail to co innego niż codzienna reakcja.
  3. Co się stanie, gdy wypadnie mi tydzień? Jeśli odpowiedź brzmi „trzeba się zmotywować”, masz odpowiedź.
  4. Czy w cenie jest żywienie, czy tylko trening?
  5. Jakie masz kwalifikacje i od ilu lat pracujesz z ludźmi?

Te pytania działają przy każdej cenie. Przy 100 zł i przy 1 000 zł.

Ile kosztuje współpraca ze mną

Współpraca 1:1 online ze mną zaczyna się od 1 000 zł miesięcznie i trwa minimum trzy miesiące. Krócej nie pracuję, bo w miesiąc da się ułożyć plan, ale nie da się sprawdzić, czy przetrwa zwykłe życie.

W tej cenie jest:

  1. Rozmowa startowa, 1-1,5 godziny. Poznaję Twój tydzień, jedzenie, sen i ruch. Dwa moje autorskie testy pokazują, od czego zacząć.
  2. Aplikacja Ogarniam. Codzienny, dziesięciosekundowy audyt energii, monitorowanie posiłków wraz z szeroką bazą przepisów, nawyki wspierające ustawione pod aktualne warunki i cele. Wszystko pod moją codzienną opieką.
  3. Ruch dobrany do Twojego tygodnia. Trening siłowy, mobilność albo na start sama regularność, zależnie od tego, gdzie jesteś.
  4. Cotygodniowe podsumowanie i kontakt w aplikacji, z odpowiedzią w ciągu doby roboczej.
  5. Rozmowa końcowa i sprawdzenie po 30 dniach, czy wszystko działa już beze mnie.

1 000 zł miesięcznie to mniej więcej tyle, ile sześć, siedem treningów na sali po 150 zł. Różnica polega na tym, że nie kupujesz godzin, tylko prowadzenie.

Nie biorę każdego. Jeśli szukasz diety na dwa tygodnie albo planu, który ma zadziałać bez Twojego udziału, lepiej wybierz coś tańszego i krótszego. Dlaczego odmawiam szybkich planów, opisałem na własnym przykładzie.

Kiedy wystarczy tańsza opcja, a kiedy trener to za mało

Tańsza opcja wystarczy, jeśli wiesz, co robić, masz stały rytm dnia i brakuje Ci tylko planu. Wtedy plan za 100-400 zł miesięcznie może zrobić robotę.

Trener, nawet najdroższy, to za mało, gdy chodzi o chorobę. Wyniki badań poza normą, ból, który nie mija, leki wpływające na wagę albo problem z jedzeniem, który wymyka się spod kontroli, to najpierw sprawa dla lekarza. Kontuzja to sprawa dla fizjoterapeuty. Trener może z nimi współpracować, ale ich nie zastępuje.

Od czego zacząć

Zanim porównasz ceny, zapisz, jak wygląda Twój zwykły tydzień. Kiedy wstajesz, kiedy jesz, ile masz wolnych godzin i które z nich są naprawdę wolne.

Z tą kartką każda rozmowa z trenerem będzie konkretna. Także ze mną.

Jeśli chcesz sprawdzić, czy współpraca ze mną ma u Ciebie sens, napisz mi jednym zdaniem, jak wygląda Twój tydzień, na LinkedInie albo na Instagramie. Umówimy 30 minut bezpłatnej rozmowy. Jeśli nie będzie sensu, powiem Ci to wprost.

Patryk, trener personalny od 12 lat, z certyfikatami ISSA Nutritionist i Health Coach.

Schudłem 35 kg w pół roku. Rachunek, który za to zapłaciłem

Ten sam nastolatek przed i po szybkim odchudzaniu: po lewej swobodny przy konsoli, po prawej szczupły i zmęczony przy pustym talerzu, w tle rowerek stacjonarny.

Schudłem 35 kg w pół roku, mając 17 lat. Da się. Tyle że płaciłem za to przez kolejne lata: wolniejszym metabolizmem, trudnością z budowaniem mięśni i rozregulowaną gospodarką hormonalną. Dziś doszedłbym do tego samego wyniku w dwanaście miesięcy, z treningiem siłowym, większą ilością jedzenia i dniami wolnymi.

A teraz po kolei, bo najwięcej uczy to, co zrobiłem źle.

Schudłem 35 kg w pół roku. Jak to wyglądało naprawdę

Ludzie pytają mnie, jak jadłem. Jak ćwiczyłem. Jak się zmotywowałem.

Nikt nie pyta, ile mnie to kosztowało. Więc opowiem od początku.

Codziennie o osiemnastej siadałem na rowerku stacjonarnym na pięćdziesiąt minut. Potem siedemdziesiąt minut ćwiczeń z ciężarem własnego ciała i hantlami.

Dwie godziny. Każdego dnia. Przez pół roku. Ani jednego dnia przerwy.

Jadłem około 1800-2000 kalorii dziennie, przy 188 centymetrach wzrostu i czternastu godzinach treningu tygodniowo. O białku nie miałem pojęcia. Mój „zdrowy” posiłek w szkole to była bułka pszenna i jogurt pitny.

Schudłem te 35 kilogramów. Wyglądałem świetnie. Wszyscy byli pod wrażeniem mojej determinacji.

Ba. Nie poznał mnie własny ojciec.

Rachunek przyszedł później, nie od razu

To jest najważniejsze w tej historii. Przez pierwsze miesiące wszystko wyglądało na sukces.

Kolejne lata to była walka. Metabolizm zwolnił. Mięśnie nie chciały rosnąć, choć trenowałem. Dalsza redukcja szła jak po grudzie. Gospodarka hormonalna się rozregulowała.

Mówiąc prosto: organizm wszedł w tryb przetrwania i potrzebował lat, żeby z niego wyjść.

To jest mój przypadek, nie diagnoza dla każdego. Nie wiem, jak zareaguje Twoje ciało. Wiem, jak zareagowało moje, i wiem, że nie byłem wyjątkiem wśród ludzi, którzy chudli „na maksa”.

Mięśnie tracisz po cichu, gdy brakuje białka i siły

Waga nie mówi, co tracisz. Pokazuje jedną liczbę, a w tej liczbie jest tłuszcz, woda i mięśnie.

Przy dużym deficycie ciało sięga po wszystko, co ma. Ochronę daje mu dwóch sprzymierzeńców: trening siłowy i białko.

Dobrze to widać w badaniu z losowym przydziałem na 40 młodych mężczyznach. Przez cztery tygodnie jedli o około 40% mniej, niż potrzebowali, i trenowali siłowo oraz interwałowo sześć razy w tygodniu. Grupa z wyższym białkiem zbudowała 1,2 kg masy beztłuszczowej i straciła 4,8 kg tłuszczu. Grupa z niższym białkiem masę beztłuszczową tylko utrzymała i straciła 3,5 kg tłuszczu.

To nie jest obietnica dla Ciebie. To byli młodzi, wytrenowani ludzie pod ścisłą kontrolą przez miesiąc. Ale kierunek jest jasny: te same kilogramy w dół mogą znaczyć zupełnie co innego, zależnie od tego, co jesz i jak trenujesz.

Ja miałem trening, ale bez białka i bez odpoczynku. Połowa ochrony, zero regeneracji.

Ile białka to „wystarczająco”, rozpisałem w osobnym wpisie.

Głodówka kosztuje też głowę

Jest jeszcze koszt, o którym się nie mówi, bo nie widać go w lustrze.

Duże badanie przekrojowe na 28 525 dorosłych z USA pokazało, że osoby na dietach z ograniczaniem kalorii miały nieco wyższe wyniki w kwestionariuszu objawów depresji niż osoby bez diety. Mocniej dotyczyło to osób z nadwagą.

Różnica jest niewielka. To badanie nie mówi też, co jest przyczyną, a co skutkiem. Mówi tylko, że dieta „na maksa” wiąże się nie tylko z ciałem.

U siebie widzę to z perspektywy lat. Sześć miesięcy, w których cały dzień kręci się wokół jedzenia i treningu, to sześć miesięcy, w których na nic innego nie ma miejsca.

Pięć rzeczy, które zrobiłbym dziś inaczej

Gdybym dziś miał 17 lat i te same 35 kilogramów do zrzucenia, zrobiłbym to tak:

  1. Mniej kardio, więcej treningu siłowego. Trzy, cztery treningi w tygodniu zamiast czternastu godzin.
  2. Więcej jedzenia. Około dwóch i pół tysiąca kalorii zamiast dwóch, z białkiem i tłuszczem w każdym posiłku.
  3. Dwanaście miesięcy zamiast sześciu. Ten sam wynik, nieco dłużej, bez tak ogromnych strat.
  4. Dni wolne w planie. Wtedy uznałbym taki dzień za lenistwo. Dziś wiem, że to część treningu.
  5. Patrzenie na nawyki, nie na wagę. Waga mówi, co się stało. Nawyki mówią, co się stanie.

Jeśli masz wybrać jedną, weź czwartą. Najbardziej brakowało mi wtedy nie wiedzy o białku, tylko jednego dnia w tygodniu, w którym nic nie robię.

Dlaczego odmawiam, gdy ktoś prosi o taki plan

Ostatnio zgłasza się do mnie sporo osób, które chcą szybkich efektów. Rozumiem je. Sam byłem taką osobą.

Kiedy ktoś mówi „daj mi plan jak Twój, chcę dwadzieścia kilo w trzy miesiące”, odpowiadam: nie.

Nie dlatego, że się nie da. Dlatego, że wiem, ile to później kosztuje.

Za szybką drogę płaci się zawsze. Albo teraz, cierpliwością. Albo później, zdrowiem.

Zamiast planu z cudzego życia pytam, jak wygląda Twój tydzień. Ile masz realnie czasu, co jesz, kiedy śpisz, co już próbowałeś. Plan, który nie pasuje do Twojego życia, wytrzyma tyle, ile Twoja silna wola. Mój wytrzymał pół roku, a rachunek przyszedł na lata.

Jeśli masz za sobą kilka prób „od poniedziałku”, ten wpis o kolejności wyjaśnia, dlaczego zwykle zaczynamy od złej strony.

Kiedy szybkie chudnięcie to sprawa dla lekarza

Ten tekst opisuje moją historię i pracę z nawykami. Nie zastąpi wizyty w gabinecie.

Idź najpierw do lekarza, jeśli:

  1. Chudniesz szybko, choć wcale się nie starasz.
  2. Myślisz o jedzeniu przez większość dnia, masz napady objadania albo po jedzeniu czujesz wstyd. Zaburzenia odżywiania się leczy, nie ogarnia dyscypliną.
  3. Chorujesz przewlekle albo bierzesz leki, które wpływają na wagę lub apetyt.
  4. Chodzi o nastolatka. W wieku 17 lat nikt nie powinien robić tego, co ja, bez opieki dorosłego i lekarza.

Są sytuacje, w których szybsza redukcja pod kontrolą lekarza ma sens. O tym decyduje lekarz, nie trener i nie artykuł w internecie. Nie diagnozuję też hormonów. To, co opisałem wyżej, dotyczy mnie sprzed lat.

Ten sam wynik, bez tak ogromnych strat

Szybko da się prawie wszystko. Pytanie brzmi, czym za to zapłacisz.

Jeśli chcesz więcej takich historii i konkretów bez pośpiechu, raz w tygodniu wysyłam maila o zdrowiu, które da się utrzymać w zwykłym tygodniu. Tu się zapisujesz.

Albo napisz mi jednym zdaniem, ile czasu dajesz sobie tym razem, na LinkedInie albo na Instagramie. Odpisuję na każdą wiadomość.

Patryk, trener personalny od 12 lat, z certyfikatami ISSA Nutritionist i Health Coach.

Brak energii po 40. Co robić?

Kobieta w płaszczu idzie w ciągu dnia chodnikiem między biurowcami z kubkiem w ręku

Najkrótsza odpowiedź: najpierw wyklucz u lekarza przyczynę, która wymaga leczenia, a potem szukaj energii w rozkładzie swojego dnia, a nie w metryce. W większości sytuacji, które widzę, energia nie znika magicznie po przekroczeniu czterdziestki. Znika przez trzy rzeczy, które w pewnym wieku przestają uchodzić na sucho: pierwszy normalny posiłek zjedzony za późno, dzień przesiedziany bez ruchu i wieczór, który nie ma końca.

A teraz po kolei, bo „zjedz śniadanie i przejdź się” brzmi zbyt banalnie, żeby w to uwierzyć.

Kiedy najpierw iść do lekarza

Zmęczenie bywa objawem, a nie tylko skutkiem stylu życia.

Jeśli brak energii trwa tygodniami mimo tego, że śpisz, jeśli pojawił się nagle albo idzie w parze z czymś nowym, na przykład z chudnięciem bez powodu, dusznością czy kołataniem serca, pierwszym krokiem jest wizyta i badania. Które badania, decyduje lekarz, nie artykuł w internecie. Także nie ten.

Wszystko, co niżej, dotyczy sytuacji, w której wyniki są w porządku albo lekarz powiedział tylko „proszę zmienić styl życia”. Jeśli to Twój przypadek, ten wpis mówi, od czego zacząć z samą kartką z wynikami.

„To pewnie wiek”

To zdanie słyszę bardzo często. I rozumiem, dlaczego jest wygodne. Wiek jest czymś, na co nie masz wpływu, więc zamyka temat.

Tylko że czterdziestka rzadko przychodzi sama. Przychodzi razem z ludźmi, za których odpowiadasz, z dziećmi w wieku szkolnym i z kalendarzem, który tylko w połowie należy do Ciebie.

Ten sam rozkład dnia zabierałby energię także dwudziestopięciolatkowi. Tyle że on nie miał jeszcze na głowie tylu spraw naraz i nikt nie czekał na niego o siódmej rano.

I to wcale nie jest brak charakteru. Człowiek, który przez cały dzień podejmuje decyzje za innych, wieczorem po prostu nie ma już z czego podejmować ich za siebie.

Gdzie w zwykłym dniu ucieka energia

Jest dzień, który z rozmów z ludźmi prowadzącymi firmę lub zespół znam prawie na pamięć.

Pobudka i kawa, bo na śniadanie nie ma czasu.

Spotkanie.

Mail, który nie może czekać.

Kolejne spotkanie.

Lunch przy biurku albo wcale.

Około piętnastej zjazd, więc druga kawa i coś słodkiego z kuchni.

Wieczorem pierwszy normalny posiłek, od razu największy w całym dniu.

Potem telefon w łóżku, bo to jedyna chwila, która jest tylko Twoja.

W tym dniu nie ma jednej wielkiej przyczyny zmęczenia. Jest kilka małych, które się sumują.

Bo pierwsza połowa dnia jedzie na kawie i napięciu spotkań, a nie na jedzeniu. Druga połowa spłaca ten dług. A duży posiłek późnym wieczorem i ekran w łóżku sprawiają, że następny poranek zaczyna się z tego samego miejsca.

Ruch nie zabiera energii, tylko ją oddaje

Najczęstszy argument brzmi: jestem tak zmęczony, że nie mam siły się ruszać. Brzmi logicznie. Ale dane pokazują zależność w drugą stronę.

W badaniu, w którym 82 osoby przez kilka miesięcy nosiły opaski mierzące ruch i sen, a do tego codziennie oceniały w telefonie swoje samopoczucie, więcej ruchu w ciągu dnia wiązało się z większą ilością głębokiego snu. Liczył się także ruch o niskiej intensywności, nie tylko trening. Więcej siedzenia dawało odwrotny obraz. A taki układ snu szedł w parze z większą energią, mniejszym stresem i poczuciem, że sen naprawdę zregenerował (badanie).

To jest badanie obserwacyjne, więc pokazuje związek, a nie dowód, że jedno powoduje drugie. Kierunek jest jednak ten sam co w drugim badaniu.

W nim 24 zdrowe osoby wykonywały zadanie wymagające skupienia dwa razy: raz po sesji wyraźnego wysiłku, raz po odpoczynku na siedząco. Po wysiłku mózg mocniej przetwarzał to, na czym trzeba było się skupić, a słabiej to, co należało zignorować (badanie).

Dla kogoś, kto ma dzień wypełniony spotkaniami, oba wyniki mówią to samo. Przerwa na ruch nie jest czasem zabranym pracy.

Od czego zacząć

Pięć rzeczy. Nie wszystkie naraz. Wybierz tę, która w Twoim dniu jest najbardziej rozwalona, i zacznij od niej.

1. Pierwszy normalny posiłek przed południem. Nie musi być duży. Ma być prawdziwym jedzeniem z porcją białka, a nie kawą z czymś słodkim w biegu. Żeby druga połowa dnia nie musiała spłacać długu z pierwszej.

2. Lunch w kalendarzu jak spotkanie. Z godziną i z tym, co jesz, ustalonym dzień wcześniej. W poniedziałek wiesz, co jesz we wtorek. Bo lunch, który czeka na wolną chwilę, nie wydarza się wcale.

3. Ruch w środku dnia, nie tylko po pracy. Dziesięć minut spaceru po lunchu albo rozmowa telefoniczna, którą odbierasz w ruchu, a nie przy biurku. Z badania wyżej wynika, że liczy się także lekki ruch, a nie tylko trening.

4. Druga kawa jako sygnał, a nie rozwiązanie. Zanim sięgniesz po nią po piętnastej, wstań od biurka na pięć minut, a jeśli od rana nie jadłeś nic normalnego, zjedz. Czasem okazuje się, że ciało prosiło o jedzenie i ruch, a nie o kolejną kawę.

5. Wieczór, który ma koniec. Jedna stała godzina, po której nie otwierasz już maili. Telefon ładuje się poza sypialnią. Bo poranek, od którego zależy cały dzień, zaczyna się poprzedniego wieczoru.

Jeśli nie wiesz, która z tych rzeczy jest u Ciebie najsłabsza, ten wpis pomaga ułożyć je w kolejności. A jeśli chcesz wejść głębiej w samo jedzenie, konkretne zmiany na popołudniowy zjazd opisałem tutaj.

Jak sprawdzić, czy to działa

Nie potrzebujesz zegarka ani aplikacji. Wystarczy jedna liczba dziennie.

Codziennie o piętnastej oceń swoją energię w skali od 1 do 10 i zapisz ją w telefonie. Przez pierwszy tydzień nic nie zmieniaj, tylko zapisuj. W drugim tygodniu wprowadź jedną rzecz z listy wyżej.

Po dwóch tygodniach masz czternaście liczb i odpowiedź, która nie jest już opinią.

Jeśli liczby nie drgnęły, zmieniasz dźwignię, a nie rezygnujesz z całości.

Czego ten tekst nie zastąpi

Lista wyżej działa u osoby, której zmęczenie wynika z rozkładu dnia. Nie zastąpi diagnozy, gdy zmęczenie ma przyczynę medyczną. Jeśli po kilku tygodniach uczciwych zmian energia stoi w miejscu, wróć do pierwszej części tego wpisu i umów wizytę.

Jeśli chcesz dostawać takie rzeczy w mailu, raz w tygodniu piszę o układaniu zdrowia wokół pracy, a nie zamiast niej. Bez diet, bez liczenia kalorii, bez zaczynania od poniedziałku. Tu się zapisujesz.

Albo napisz mi jednym zdaniem, o której godzinie Twoja energia spada najbardziej, na LinkedInie albo na Instagramie. Odpisuję na każdą wiadomość.

Dlaczego większość ludzi buduje zdrowie od złej strony

Dziurawe wiadro, do którego ktoś dolewa wodę z dzbanka, a woda wycieka bokami na stół

Kolejność ma większe znaczenie niż intensywność. Najkrótsza odpowiedź na pytanie, od czego zacząć, brzmi: od poziomu, który u Ciebie leży najniżej, a nie od tego, o którym najwięcej się dziś mówi. W praktyce prawie zawsze znaczy to sen i regularne jedzenie, a prawie nigdy suplementy.

A teraz po kolei, bo to jest ta część, którą łatwo pominąć.

Wiadro, z którego ucieka woda

Wyobraź sobie, że Twoja energia to woda w wiadrze.

Kiedy wody ubywa, większość ludzi próbuje dolewać jej więcej. Nowy trening. Modniejszy suplement. Trudniejsza dieta. Kolejna aplikacja, która ma coś policzyć.

A woda jak uciekała, tak ucieka.

Bo problem nie leży w tym, ile dolewasz. Leży w konstrukcji samego wiadra.

Przez dwanaście lat pracy jeden na jeden przerobiłem to z ponad setką osób i za każdym razem wygląda to tak samo. Ktoś kupuje suplementy, robi badania na własną rękę, kombinuje z postem przerywanym i martwi się tym, który magnez lepiej się wchłania. A śpi po sześć godzin i nie rusza się z krzesła od poniedziałku do piątku.

I to wcale nie jest głupota.

To jest zupełnie logiczne. Bo „weź ashwagandhę” brzmi jak sekret, a „śpij siedem godzin” jest nudne i brzmi jak zupełne nic. Sekret chce się kupić. Nudy nie chce się kupować, bo wygląda, jakby nic nie kosztowała i nic nie dawała.

Cztery poziomy, w tej kolejności

Nazywam to Piramidą Ogarniętego Zdrowia. To nie jest nic odkrywczego, to jest kolejność, w której rzeczy zaczynają działać.

Podstawą jest to, co o sobie myślisz. Czyli materiał, z którego zrobione jest wiadro. Osoba, która uważa, że „zawsze odpada po dwóch tygodniach”, ułoży sobie plan tak, żeby ta przepowiednia się sprawdziła. To brzmi miękko, dopóki nie zobaczysz, jak co roku decyduje o wszystkim powyżej.

Poziom 1 to odżywianie. Największa dziura na dnie. Nie chodzi o dietę z internetu, tylko o to, czy masz co jeść w dniu, w którym masz cztery spotkania z rzędu.

Poziom 2 to ruch. Wzmocnienie konstrukcji. Tu wystarczy dużo mniej, niż zakładasz, ale musi się wydarzać.

Poziom 3 to regeneracja. Niepozorne mikropęknięcia, przez które sączy się woda przez całą dobę. Sen, przerwy, to, czy wieczorem schodzisz z obrotów, czy tylko zmieniasz ekran.

Poziom 4 to optymalizacja. Dolewanie wody premium do szczelnego wiadra. Suplementy, biohacking, protokoły, o których najwięcej się czyta.

Tak. Suplementy są na czwartym poziomie.

Nie dlatego, że nie działają. Dlatego, że dokładają kilka procent do fundamentu, którego u większości ludzi po prostu nie ma.

Dwie liczby, które pokazują skalę

Weźmy poziom 2, czyli ruch, i poziom 4, czyli suplementy. To dobra para do porównania, bo w internecie proporcja uwagi między nimi jest odwrotna niż proporcja efektu.

W metaanalizie obejmującej 33 badania i ponad 102 tysiące osób sprawdzano, co oznacza niska wydolność krążeniowo-oddechowa, czyli po prostu słaba kondycja. Osoby z niską wydolnością umierały przedwcześnie o 70 procent częściej niż osoby z wysoką, a ryzyko zdarzenia sercowego było u nich wyższe o 56 procent. Najciekawsza jest jednak trzecia liczba: samo przejście z niskiej wydolności do średniej wiązało się z 40 procentami mniej zgonów (metaanaliza).

Nie z niskiej do sportowej. Z niskiej do średniej.

Teraz poziom 4. Kreatyna jest jednym z najlepiej przebadanych suplementów, jakie istnieją, i naprawdę działa. W metaanalizie 13 badań u osób po pięćdziesiątce kreatyna razem z treningiem oporowym dawała większe przyrosty masy mięśniowej i siły niż sam trening (metaanaliza).

Przeczytaj to zdanie jeszcze raz, zwracając uwagę na słowo „razem”. Cały efekt jest dokładką do treningu. Bez treningu nie ma do czego dokładać.

To jest różnica między poziomem 2 a poziomem 4. Jeden buduje wiadro, drugi poprawia jakość wody.

Jak to wygląda w tygodniu, w którym nie masz czasu

Jeśli prowadzisz firmę lub zespół, znasz ten mechanizm z innej strony.

Nie optymalizujesz procesu, który nie działa. Najpierw sprawiasz, żeby działał. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kupuje narzędzia do analityki dla działu, który nie ma ustalonego, kto za co odpowiada.

A ze zdrowiem robisz dokładnie odwrotnie.

Kupujesz warstwę czwartą, bo jest najłatwiejsza do kupienia. Zamówienie przychodzi w dwa dni, a sen i regularne jedzenie wymagają zmiany w kalendarzu, czyli tej jednej rzeczy, której naprawdę nie masz.

Dlatego pierwszy krok nie brzmi „zmień wszystko”. Brzmi: wskaż poziom, który leży u Ciebie najniżej, i zmień w nim jedną rzecz, która ma swoje miejsce w dniu. Jedną. Nie cztery.

Pięć minut, które warto poświęcić teraz

Przejdź przez cztery poziomy i odpowiedz sobie uczciwie.

Fundament. Co powtarzasz sobie, gdy coś nie wyjdzie? „Odpuściłem raz” czy „ja tak mam zawsze”?

Odżywianie. Ile razy w tym tygodniu jadłeś pierwszy normalny posiłek po godzinie szesnastej?

Ruch. Ile dni w tym tygodniu przekroczyłeś dwadzieścia minut ruchu o dowolnej intensywności?

Regeneracja. Ile nocy w tym tygodniu spałeś mniej niż sześć i pół godziny?

Optymalizacja. Ile pieniędzy wydałeś w tym roku na suplementy i czy potrafisz powiedzieć, co konkretnie każdy z nich miał zmienić?

Poziom, w którym odpowiedź zabolała najbardziej, jest Twoim poziomem startowym. Nie ten, który jest pierwszy na liście, i nie ten, w którym najłatwiej coś kupić.

Jeśli trafiłeś tu z wynikami badań i zdaniem lekarza „proszę zmienić styl życia”, ten wpis mówi, jak zamienić je w konkretny plan pod Twój tydzień.

Jedno zastrzeżenie

Kolejność poziomów jest regułą, a nie wyrokiem. Zdarza się osoba, u której największa dziura jest w regeneracji i to od snu zaczynamy, choć sen jest na trzecim poziomie. Diagnoza jest ważniejsza niż numer.

Ważne jest to, żeby zaczynać od tego, gdzie ucieka najwięcej wody, a nie od tego, gdzie najładniej wygląda nowy pomysł.

Jeśli chcesz dostawać takie rzeczy w mailu, raz w tygodniu piszę o układaniu zdrowia wokół pracy, a nie zamiast niej. Bez diet, bez liczenia kalorii, bez zaczynania od poniedziałku. Tu się zapisujesz.

Albo napisz mi jednym zdaniem, który poziom leży u Ciebie najniżej, na LinkedInie albo na Instagramie. Odpisuję na każdą wiadomość.

Lekarz kazał zmienić styl życia. Od czego zacząć?

Kartka z wynikami badań i zdanie od lekarza, proszę zmienić styl życia

Najkrótsza odpowiedź: zacznij od jednej rzeczy, nie od wszystkich pięciu, i wpisz ją w konkretne miejsce w swoim tygodniu, zanim kupisz cokolwiek innego. Nie od diety, nie od karnetu, nie od suplementów. Od jednej zmiany, która ma swój dzień i swoją godzinę.

A teraz dłużej, bo to zdanie brzmi zbyt prosto, żeby komuś wystarczyło.

Dlaczego „proszę zmienić styl życia” nie jest planem

Wizyta wygląda prawie zawsze tak samo. Masz wyniki na kartce, masz pięć minut rozmowy i masz zdanie, które kończy spotkanie: proszę zmienić styl życia, proszę więcej się ruszać, proszę schudnąć kilka kilogramów.

To jest poprawne zalecenie medyczne. I jednocześnie zero instrukcji.

Bo gdyby ktoś przyszedł do Twojej firmy i powiedział „trzeba poprawić wyniki”, to nie byłby projekt. To byłby cel. Projekt zaczyna się tam, gdzie ktoś mówi, kto, co, od kiedy i w którym miejscu kalendarza to się dzieje.

Lekarz postawił diagnozę. To jest jego robota i zrobił ją dobrze.
Nikt nie zamienił tej diagnozy w plan pod Twój tydzień. To jest luka, w którą wpada większość ludzi.

I to wcale nie jest kwestia lenistwa. Człowiek, który prowadzi firmę albo zespół, wdraża trudniejsze rzeczy co miesiąc. Tylko że tamte mają właściciela, termin i miejsce w kalendarzu, a „zmiana stylu życia” nie ma żadnego z tych trzech.

Czy to w ogóle działa, czyli co mówią badania

Zanim cokolwiek zaczniesz, warto wiedzieć, czy to nie jest pocieszenie zamiast leczenia. Bo tak właśnie „zmiana stylu życia” często brzmi: jak coś, co mówi się pacjentowi, gdy nie ma nic lepszego.

Dane mówią odwrotnie.

W obserwacji trwającej ponad dwadzieścia lat u blisko 3 200 osób ze stanem przedcukrzycowym porównano intensywną zmianę stylu życia z lekiem, który podaje się dokładnie w tej sytuacji. Zmiana stylu życia obniżyła ryzyko cukrzycy o 24 procent, lek o 17. Grupa zmieniająca nawyki zyskała średnio trzy i pół roku bez cukrzycy, grupa na leku dwa i pół (badanie).

Drugie badanie odpowiada na zdanie, które słyszę najczęściej: „u mnie to geny, w mojej rodzinie wszyscy tak mają”. Blisko tysiąc mężczyzn w średnim wieku z zespołem metabolicznym przeszło trzyletni program zmiany jedzenia i ruchu. U osób z najwyższym ryzykiem genetycznym ryzyko cukrzycy spadło o 70 procent. Najbardziej obciążeni zyskali najwięcej (badanie).

Tak. Najbardziej obciążeni zyskali najwięcej.

To nie znaczy, że Twoje wyniki poprawią się o tyle samo. Żadne badanie nie obiecuje tego konkretnej osobie i ja też nie będę. Znaczy to jedno: zdanie z gabinetu nie było pocieszeniem. Było najmocniejszą rzeczą, jaką ktoś mógł Ci wtedy powiedzieć, tylko podaną bez instrukcji.

Cztery pytania, na które potrzebujesz odpowiedzi

Weź kartkę z wynikami i zadaj jej cztery pytania. Dokładnie te same, których nie zostawiłbyś bez odpowiedzi na spotkaniu w firmie.

Kto to prowadzi. Jeśli odpowiedź brzmi „ja, w wolnym czasie”, to projekt już ma problem. Może to być Ty, ale z zapisanym miejscem w kalendarzu, albo Ty z kimś, kto pilnuje i koryguje.

Co konkretnie, w liczbie pojedynczej. Nie „zdrowiej jeść i więcej się ruszać”. Jedna rzecz. Jeden posiłek, jedna pora, jeden spacer, jedna godzina snu.

Od kiedy. Data, nie „od poniedziałku po projekcie”. Projekt zawsze będzie.

Gdzie w kalendarzu. To jest pytanie, które decyduje o wszystkim. Nawyk bez miejsca w dniu jest postanowieniem, nie nawykiem. Nie „codziennie”, tylko „codziennie po odwiezieniu dziecka” albo „codziennie po pierwszym spotkaniu”.

Jeśli odpowiesz na te cztery pytania, masz plan. Jeśli nie odpowiesz, masz cel i dobre intencje, czyli to samo, z czym wyszedłeś z gabinetu.

Od czego zacząć konkretnie

Pięć rzeczy, w tej kolejności. Nie wszystkie naraz, od góry.

1. Wybierz jedną dźwignię, nie pięć

Z dwunastu lat pracy z ludźmi mam jedną obserwację, która nie ma wyjątków: kto startuje od pięciu zmian w tygodniu, ten po trzech tygodniach nie robi żadnej. Kto startuje od jednej, ten po trzech miesiącach robi trzy. Nie dlatego, że jest silniejszy. Dlatego, że miał gdzie je dołożyć.

2. Zacznij od tej, która jest najbardziej rozwalona, nie od najmodniejszej

Jeśli śpisz pięć godzin, to nie czas na dobieranie suplementów. Jeśli od szesnastej nie jadłeś nic poza kawą, to nie czas na optymalizowanie treningu.

3. Wpisz ją w kalendarz jak spotkanie

Z godziną. Powtarzalne. Bez tego pierwszy zajęty tydzień ją usunie.

4. Ustal z góry wersję minimum

Co robisz w dniu, w którym wszystko się sypie. Nie „nic”, tylko mniejsza wersja. Piętnaście minut zamiast godziny. Białko w śniadaniu zamiast całego planu. Wersja minimum jest różnicą między przerwą a końcem.

5. Umów kontrolę wyników

Termin następnych badań wpisz teraz, nie za pół roku, gdy sobie przypomnisz. To zamienia rozproszoną zmianę w projekt z datą odbioru.

Czego nie robić w pierwszym tygodniu

Nie kupuj diety z internetu. Ona jest ułożona pod tydzień osoby, która ją pisała.

Nie zaczynaj od treningów pięć razy w tygodniu, jeśli dziś nie masz żadnego. Dwa wejścia, które utrzymasz pół roku, zrobią więcej niż pięć, które utrzymasz trzy tygodnie.

Nie szukaj jednej przyczyny w jednym wyniku. Wyniki mówią, gdzie coś się dzieje, nie co robić w czwartek o ósmej.

Nie zaczynaj od poniedziałku. Zacznij w dniu, w którym czytasz ten tekst, od najmniejszej rzeczy, jaką da się zrobić dziś.

Co należy do lekarza, a co do Ciebie

Granica jest prosta i warto ją trzymać.

Diagnoza, leczenie, leki i wszystko, co wymaga recepty, należy do lekarza. Jeśli wyniki są niepokojące, pierwszy ruch to wizyta, nie artykuł w internecie, także nie ten.

Do Ciebie należy wdrożenie. To znaczy odpowiedź na pytanie, jak zalecenie „proszę zmienić styl życia” ma wyglądać w Twoim wtorku, w którym masz spotkanie do dwudziestej, i w Twoim czwartku, w którym jest wyjazd.

I to jest cała różnica między kartką z gabinetu a zmianą, która zostaje.

Jeśli chcesz dostawać takie rzeczy w mailu, raz w tygodniu piszę o tym, jak układać zdrowie wokół pracy, a nie zamiast niej. Bez diet, bez liczenia kalorii, bez zaczynania od poniedziałku. Tu się zapisujesz.

Albo napisz mi jednym zdaniem, jak wygląda Twój zwykły tydzień, na LinkedInie albo na Instagramie. Odpisuję na każdą wiadomość.

Jak schudnąć po 40-tce. Co naprawdę zmienia się w organizmie (a co jest mitem).

Projekt bez nazwy (6)

Jeśli kiedykolwiek powiedziałeś lub usłyszałeś zdanie: „po czterdziestce metabolizm zwalnia, więc trudniej schudnąć”, to zaraz Cię rozczaruję. Albo uwolnię. Zależy, jak na to spojrzeć.

Bo jednym z najbardziej zaskakujących wyników badań ostatniej dekady jest to, że Twój metabolizm po 40-tce praktycznie się nie zmienia. Naprawdę. A mimo to większość ludzi w tym wieku rzeczywiście tyje, ma więcej tłuszczu na brzuchu i mniej energii niż dziesięć lat wcześniej.

Jak to możliwe?

W tym artykule rozłożę to wszystko na czynniki pierwsze. Bez magicznych diet, bez „przyspieszaczy metabolizmu”, bez sprzedawania Ci głupot. Pokażę co dokładnie się zmienia w Twoim ciele, dlaczego stare strategie przestają działać i co z tym zrobić, żeby waga spadała w sposób trwały, a nie efekt jojo.

Mit numer jeden: „po 40-tce metabolizm zwalnia”

Zacznijmy od czegoś, co prawdopodobnie wywróci Twoje myślenie do góry nogami.

W 2021 roku zespół naukowców pod kierunkiem Hermana Pontzera z Duke University opublikował w prestiżowym czasopiśmie „Science” przełomowe badanie. Przeanalizowali oni dzienne wydatki energetyczne ponad 6 600 osób w wieku od tygodnia życia do 95 lat z 29 krajów. Badanie nazywa się „Daily energy expenditure through the human life course” i jeśli interesuje Cię nauka, warto je przeczytać.

Co odkryli?

Że metabolizm w wieku 20, 30, 40 i 50 lat jest praktycznie taki sam. Stabilny. Niezmienny. Zaczyna spadać dopiero po 60. roku życia, i to bardzo powoli, bo o około 0,7% rocznie.

Czyli jeśli masz 42 lata i czujesz, że „metabolizm zwolnił”, to z dużym prawdopodobieństwem nie ma to nic wspólnego z metabolizmem.

Ma to wspólnego z czymś innym. Coś, o czym nikt Ci nie mówi, bo nie da się tego sprzedać w formie magicznej tabletki.

Co naprawdę się zmienia po 40-tce

Skoro metabolizm zostaje, to co się zmienia? Cztery rzeczy. I każda z nich ma większy wpływ na Twoją wagę niż mityczne „spowolnienie”.

1. Mięśnie po cichu znikają

Zjawisko nazywa się sarkopenią, czyli stopniową utratą masy mięśniowej z wiekiem. I tu nauka jest brutalna.

Badania pokazują, że po 30. roku życia tracisz średnio 3-5% masy mięśniowej na dekadę. Jeśli nie trenujesz siłowo, większość mężczyzn straci około 30% mięśni w ciągu życia. U kobiet jest podobnie.

Dlaczego to ważne dla Twojej wagi?

Bo mięśnie są metabolicznie aktywne. Spalają kalorie, nawet kiedy oglądasz Netflixa. Mniej mięśni to mniejsze zapotrzebowanie kaloryczne. I tu pojawia się ten „wolniejszy metabolizm” o którym wszyscy mówią. Tylko że to nie metabolizm zwolnił. 

2. Hormony zaczynają tańczyć inaczej

U mężczyzn po 40-tce stopniowo spada testosteron. U kobiet zbliża się perimenopauza, a potem menopauza, ze spadkami estrogenu. Oba scenariusze mają realny wpływ na to, gdzie i jak Twoje ciało odkłada tłuszcz.

U panów częściej w okolicach brzucha. U pań również w okolicach brzucha (chociaż wcześniej tłuszcz lokował się raczej na biodrach i udach).

To nie jest powód, żeby się poddać. To powód, żeby zrozumieć, że ten sam plan, który działał w wieku 25 lat, w wieku 45 wymaga modyfikacji.

3. Sen przestaje być tak dobry, jak kiedyś

Po 40-tce sen staje się płytszy. Krócej trwa faza głębokiego snu, częściej budzimy się w nocy, regeneracja jest gorsza. To nie jest błąd organizmu. To naturalna zmiana.

Problem polega na tym, że niedobór snu zaburza dwa kluczowe hormony głodu i sytości: leptynę (sygnalizuje sytość) oraz grelinę (sygnalizuje głód). Po nieprzespanej nocy jesz więcej. Ciągniesz po słodycze. Twoja siła woli jest słabsza.

Pomnóż to przez 30 dni w miesiącu i masz odpowiedź, dlaczego dieta, która kiedyś działała, teraz nie działa.

4. Życie staje się siedzące

W wieku 25 lat prowadzisz inne życie niż w wieku 45. Mniej spontanicznych spotkań, mniej pieszych spacerów, więcej godzin za biurkiem, więcej godzin za kierownicą. Twoja codzienna aktywność (NEAT, czyli wszystko poza świadomym treningiem) spada drastycznie.

A to właśnie NEAT jest jedną z największych zmiennych w równaniu energetycznym. Możesz w nim spalać 200, 500 a nawet 1000 kalorii dziennie różnicy. To więcej niż większość treningów na siłowni.

Dlaczego stare strategie przestają działać

Większość ludzi po 40-tce próbuje schudnąć tymi samymi metodami, które stosowali dziesięć lat wcześniej.

Cardio na czczo. Drastyczne cięcie kalorii. Wycinanie węglowodanów. Diety o nazwach, które brzmią jak nazwy korporacji.

I to nie działa. A nawet gorzej, działa odwrotnie.

Bo każda drastyczna dieta w organizmie po 40-tce powoduje przyspieszoną utratę mięśni. Tracisz wagę, owszem. Ale tracisz też silnik, który miałby Ci pomóc utrzymać tę wagę. Wracasz do normalnego jedzenia i tyjesz szybciej niż wcześniej. Klasyczny efekt jojo, tylko bardziej brutalny.

Druga sprawa. Po 40-tce psychologia jedzenia jest zupełnie inna. Masz pracę, dzieci, kredyt, rodziców, którzy zaczynają wymagać opieki. Twój stres jest na innym poziomie niż w wieku 25 lat. Diety pudełkowe, ekstremalne plany, codzienne ważenie kurczaka, to wszystko zamienia się w kolejne źródło stresu, które dokłada się do całej reszty.

A stres, jak wiesz, podnosi kortyzol. Kortyzol promuje odkładanie tłuszczu w okolicach brzucha. Koło się zamyka.

Co naprawdę działa po 40-tce

Tutaj wchodzi to, co nazywam Piramidą Ogarniętego Zdrowia. Trzy poziomy: odżywianie, trening, regeneracja. W tej kolejności. I po 40-tce każdy z nich wygląda inaczej niż w wieku 25 lat.

Po pierwsze, trening siłowy nie jest opcjonalny.

Tak, słyszałeś dobrze. Po 40-tce trening siłowy przestaje być „miłym dodatkiem”, a staje się czymś tak fundamentalnym jak mycie zębów. Dlaczego? Bo to jedyna skuteczna obrona przed sarkopenią. Dwa, trzy razy w tygodniu. Krótko, intensywnie, z progresją obciążeń. Nie chodzi o to, żeby wyglądać jak kulturysta. Chodzi o to, żeby zachować silnik.

Po drugie, białko jest królem.

W wieku 25 lat możesz zjeść kanapkę z dżemem na śniadanie i wciąż czuć się świetnie. Po 40-tce Twój organizm potrzebuje więcej białka, żeby utrzymać masę mięśniową, czuć sytość i regulować poziom cukru. Średnio celuj w 1,6-2,0 g białka na kilogram masy ciała. To dla większości osób oznacza dwa-trzy razy więcej niż jedzą obecnie.

Po trzecie, sen i regeneracja to nie luksus.

Spanie 5 godzin w nocy i dorabianie kawą nie jest oznaką siły. To strzelanie sobie w stopę. Po 40-tce każda nieprzespana godzina kosztuje Cię drożej, niż w wieku 25 lat. Higiena snu, stałe godziny, ciemny pokój, brak ekranów godzinę przed snem. Banalne? Pewnie. Skuteczne? Tak.

Po czwarte, dieta dopasowana do Ciebie, nie do Instagrama.

I to jest miejsce, gdzie najwięcej osób się gubi. Bo w internecie jest tysiąc diet. Keto, IF, śródziemnomorska, paleo, fleksitariańska. Każda twierdzi, że jest najlepsza. I każda dla kogoś faktycznie działa.

Tylko że Ty nie jesteś „kimś”. Jesteś Tobą. Masz swój styl życia, swoje preferencje, swoje wzorce, swoją historię relacji z jedzeniem. I dieta, która wsiąknie w Twoje życie i utrzyma się latami, musi być dopasowana do tych właśnie czynników.

To, co naprawdę przesądza o sukcesie

Przez ponad dekadę pracy z klientami zauważyłem coś, co zmieniło moje podejście do odchudzania na zawsze.

To nie jest tak, że jednym ludziom „wystarczy chcieć” a innym nie. To nie jest też kwestia siły woli, dyscypliny czy „tej jednej magicznej diety”.

To kwestia tego, że ludzie różnią się w sposobie, w jaki reagują na jedzenie, na restrykcje, na rutynę, na towarzyskie sytuacje. Jedni rozkwitają na sztywnych regułach. Inni potrzebują elastyczności, bo inaczej się buntują. Jedni jedzą emocjonalnie. Inni z nudów. Jedni z otoczenia. Jedni z wagi cyfrowej, gdy widzą zły wynik.

Dlatego stworzyłem koncepcję 7 Osobowości Żywieniowych. To diagnostyczne narzędzie, które pomaga ustalić, jaki typ żywieniowy reprezentujesz. Bo dopóki nie wiesz, kim jesteś przy stole, każda dieta będzie kolejną walką ze swoim ciałem zamiast współpracy z nim.

I, szczerze, większość moich klientów dopiero po 40-tce zaczyna rozumieć, że „ich” osobowość żywieniowa od zawsze sabotowała ich wcześniejsze próby. Bo działali wbrew sobie, zamiast ze sobą.

Podsumowanie: co zabrać ze sobą

Chudnięcie po 40-tce to nie jest walka z metabolizmem. Metabolizm jest prawie taki sam, jak w wieku 30 lat.

To walka z sarkopenią, z hormonami, z gorszą jakością snu, z siedzącym życiem. I, najważniejsze, ze starymi nawykami, które sprawdzały się w innych warunkach.

Recepta nie jest skomplikowana. Trening siłowy. Więcej białka. Lepszy sen. Dieta dopasowana do Twojej osobowości żywieniowej, nie do trendu z Instagrama.

Trudność polega na tym, żeby to wszystko spiąć w spójny, utrzymywalny system. A nie próbować dziesiątki rzeczy naraz, rozczarowywać się i zaczynać od nowa.

Pytanie do Ciebie. Ile razy w ostatnich dziesięciu latach zaczynałeś dietę „od poniedziałku” i wytrzymywałeś krócej, niż chciałeś? I co jeśli problemem nie była Twoja siła woli, tylko to, że przyjęta dieta nigdy nie była dla Ciebie?


Sprawdź, jaka jest Twoja Osobowość Żywieniowa

Stworzyłem krótki, 5-minutowy quiz, który pomoże Ci ustalić, do której z 7 Osobowości Żywieniowych należysz. To pierwszy krok do zbudowania sposobu jedzenia, który będzie działał dla Ciebie, a nie przeciwko Tobie.

Wypełnij quiz na zdrowo-ogarnieci.pl/quiz

Jak budować trwałe nawyki

Zdjęcie nagłówek blog

„Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem.”

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak wielką siłę mają nawyki w Twoim życiu?

To czy śpisz odpowiednią ilość czasu warunkuje to, czy następnego dnia masz dużo energii.

To czy odpowiednio się odżywiasz i ruszasz, ma wpływ na to jak wyglądasz i jakie jest Twoje zdrowie.

To wszystko, czyli w tym przypadku to, o której godzinie chodzisz spać i się budzisz, co jesz, jak trenujesz i czy w ogóle trenujesz, to są nawyki.

I tak jak powiedział Arystoteles, nawyki nas Tworzą.

Większość z nas tego nie zauważa, albo nie docenia ich roli.

 

Pozwól, że przedstawię Ci 5 strategii na to, jak budować trwałe nawyki.

Określ swój nawyk

Oczywiście fajnie by było medytować codziennie po 30 minut, robić godzinny trening, trzymać się super diety, a do tego przeznaczyć po godzinie na naukę angielskiego, hiszpańskiego i może jeszcze trochę suahili 🤷‍♂️.

 

Tylko jeśli wcześniej tego nie robiłeś, to pewnie już po pierwszym dniu będziesz mieć dosyć (o ile w ogóle znajdziesz na to czas).

 

Jeśli w życiu kierujesz się konkretnymi celami, to zadaj sobie pytanie czy nawyk, który chcesz wypracować, realizuje w ogóle, któryś z Twoich celów.

Sam chciałbym nauczyć się języka hiszpańskiego, bo mi się po prostu podoba. 

Jednak ani nie jest mi potrzebny na co dzień, ani nie przybliża mnie do realizacji moich założeń. 

A przede wszystkim, nie mam na to czasu!

 

Ok. Masz już ustalone, że Twój nowy nawyk nie jest tylko fanaberią i przyniesie Ci realne korzyści lub da Ci po prostu satysfakcję.

Zgodnie z bestsellerem Jamesa Clear’a „Atomowe nawyki”, warto jest nowy nawyk umiejscowić pomiędzy dwoma nawykami, które już codziennie robisz.

9788375797381

Przykładowo, jeśli chcesz zacząć medytować, to zrób to pomiędzy wieczorną kąpielą, a myciem zębów. W takim przypadku lepiej będzie to umiejscowić w ten sposób, niż pomiędzy myciem zębów, a pójściem spać, ponieważ zmęczony, możesz już odpuścić medytację i od razu pójść spać.

Zaczynaj od małych rzeczy

Czy w momencie kiedy chodzisz spać o 24, łatwiej jest iść spać o 22 czy tylko 15 min wcześniej, czyli o 23:45?

Czy w momencie, kiedy w ogóle nie ćwiczysz to łatwiej jest zrobić trening dwa razy w tygodniu, czy ćwiczyć codziennie?

 

Odpowiedzi są oczywiste.

 

Zawsze lepiej będzie zacząć małymi krokami i sukcesywnie podnosić poprzeczkę.

Bo paradoksalnie szybciej zbudujesz upragniony nawyk robiąc to dłużej, niż poddając się z przytłoczenia po tygodniu.

Wykorzystaj grywalizację

Grywalizacja to według Wikipedii: wykorzystanie elementów gier (…) w kontekście niezwiązanym z grami, mające na celu angażowanie ludzi, motywowanie do działania, pobudzanie do nauki i rozwiązywania problemów przy osiąganiu przy tym pożądanych zachowań lub innych założonych celów.

 

Prościej to ujmując, z realizacji nawyku tworzysz sobie grę. 

Grę, w której zdobywasz poziomy i związane z nimi nagrody.

Projekt bez tytułu (6)


Przykładowo. Wyrobienie nawyku rozkładasz sobie na tygodniowe etapy. Jeden tydzień to jeden poziom. W momencie, kiedy przez tydzień będziesz realizować nawyk, awansujesz na kolejny poziom. Warto wyznaczyć sobie jakąś małą nagrodę, typu wyjście do kina, zakup książki, małe odstępstwo w diecie.

Jeśli nie udało Ci się „przejść poziomu”, zaczynasz od początku.

 

Ciekawą metodę proponuje Andy Frisella, znany przedsiębiorca i youtuber.

Jeśli danego dnia wykonałeś nowy nawyk lub zadanie, stawiasz w kalendarzu obok tej daty „Z” jak zwycięzca. 

W momencie, kiedy go nie wykonasz, stawiasz „P” jak przegrany. 

Pięć zwycięstw w ciągu tygodnia zalicza cały tydzień. 

Przy wygranym tygodniu znowu stawiasz „Z”. 

Trzy wygrane tygodnie dają wygrany miesiąc.

Krótko i na temat

Następna metoda jest bardzo prosta. 

Ale skuteczna.

Propaguje ją znany amerykański lekarz i podcaster, Peter Attia.

121691857 210920263725595 5929814560183279811 n

Chodzi w niej po prostu o to, że nie możesz dwa dni z rzędu popełnić tego samego błędu. W tym przypadku dwa dni pod rząd, nie wykonać nowego nawyku lub zadania.

Bądź dla siebie wyrozumiały

Wiele osób, które teraz uznałbyś za ludzi sukcesu, ponosiły w swoim życiu wiele porażek. 

Z dużą pewnością więcej niż sukcesów.

Bo tak jak mówi znane powiedzenie „Nie ma porażek. Są tylko lekcje”.

I to właśnie to, jak reagujesz na porażki, będzie wpływać na to czy osiągniesz swoje cele, czy wyrobisz nawyki, które chcesz wyrobić.

 

W Carleton University w Kanadzie, przez cały semestr przeprowadzono badanie, podczas którego obserwowano zjawisko odkładania nauki na później.

Cytując fragmenty książki „Siła woli” Kelly McGonigal, która opisuje co w nim zaszło:

„W przypadku studentów, którzy byli dla siebie bardziej surowi z powodu odwlekania nauki do pierwszego egzaminu, istniało większe prawdopodobieństwo, że postąpią tak samo w przypadku kolejnych egzaminów, w porównaniu do tych, którzy umieli sobie wybaczyć.” Oraz „To właśnie wybaczanie, a nie wina, zwiększa poczucie odpowiedzialności (…). Ponadto ludzie stają się wtedy bardziej otwarci na informację zwrotną i na rady od innych, rośnie też prawdopodobieństwo, że wyciągną wnioski ze swoich błędów.”

 

Dlatego bądź wyrozumiały jeśli chodzi o swoje porażki. 

Nie chodzi mi o to, że może Ci ciągle nie wychodzić i „nadal będzie fajnie”. 

Chodzi o to żeby dążyć do realizowania założeń, ponosząc w międzyczasie porażki, ale ucząc się na nich. 

Zrozum co się stało, wybacz sobie i idź dalej. 

Staraj się nie popełniać dwa razy tego samego błędu.

Na zakończenie

Celem dobrych nawyków jest ułatwienie Twojego życia. Nie komplikuj tego zbytnio.

Jeśli wykorzystasz choć część sposobów, które wyżej opisałem, z pewnością zbudujesz odpowiednie nawyki, mając przy tym zdrowe do tego podejście.

 

I pamiętaj, że niezależnie od tego na jakim etapie swojego życia jesteś, nigdy nie jest za późno żeby realizować swoje marzenia i pomagające je osiągnąć nawyki!

Jak szybko zasnąć

Projekt bez tytułu (20)

Szybkie tempo życia i natłok codziennych obowiązków sprawiają, że mamy coraz mniej czasu na sen. Paradoksalnie, jak w końcu się położymy, denerwujemy się tym, jak mało snu Nam zostało i co następnego dnia musimy zrobić, przez co czasu jest… jeszcze mniej! Co zatem zrobić, żeby szybciej zasnąć i zyskać nie tylko na dodatkowych minutach, czy nawet godzinach, ale także na poprawie własnego zdrowia?

W ankiecie, którą zrobiłem na Instagramie, na 800 osób, aż połowa zasypiała dłużej niż 20 minut. Aż 20% dłużej niż 40 minut!

Dla porównania optymalny czas w jakim powinieneś zasnąć to około 5-10 minut.

Osobiście wolałbym poświęcić te 20-30 minut na coś innego niż męczenie się żeby zasnąć, a Ty?

 

Słowem otuchy zaznaczę, że wcale nie musisz zasypiać pół godziny i stresować się tym, że nie możesz zasnąć. Nie musisz już zazdrościć wszystkim tym, którzy usypiają od razu po przyłożeniu głowy do poduszki.

Ta szóstka sabotuje Twój czas zasypiania!

1

Twoi najgorsi wrogowie, którzy bezlitośnie zabierają Twój czas oraz nerwy w kontekście zasypiania zakłócają jeden z głównych mechanizmów Twojego organizmu. A mianowicie rytm okołodobowy. Tak jak opisałem w poprzednim wpisie na tematu snu (tutaj) można go nazwać inaczej zegarem biologicznym. Jest to 24 godzinny okres czasu, podczas którego zachowanie naszego organizmu i procesy w nim zachodzące uwarunkowane są od pory dnia.

System ten odpowiada m.in.

 – za to kiedy jesteśmy głodni (rozregulowany może powodować niekontrolowane napady głodu)

– za produkcję hormonów (rozregulowany może powodować zmniejszenie lub zwiększenie produkcji niektórych hormonów, np. kortyzolu – hormonu stresu)

– za regenerację (rozregulowany może spowalniać regenerację po treningu, a nawet negatywnie wpływać na Twoją pamięć)

– sygnalizacje organizmowi kiedy należy iść spać (rozregulowany może powodować problemy z zaśnięciem lub/i problemy ze wstawaniem!)

Jak widzisz zaburzenie Twojego rytmu okołodobowego może mieć wpływ na wiele aspektów.

 

Nie przedłużając, oto „nienawistna” szóstka:

1. Stres

Z jednej strony jest potrzebny dla organizmu. Z drugiej jednak w dzisiejszych czasach jest dookoła zbyt wiele bodźców, które podnoszą u nas poziom stresu. Ilość ta z każdym dniem się zwiększa, a nikt nie nauczył nas jak radzić sobie z jego nadmiarem. Zwłaszcza jeśli jest powodowany przez tak nieoczywiste rzeczy, wpływające na naszą podświadomość, jak np. przedstawianie w social media fałszywego life style’u na ponadprzeciętnym poziomie, setki nieodczytanych maili, na które musisz odpowiedzieć albo osoba, która siedzi obok Ciebie w komunikacji miejskiej, zbyt głośno słuchająca muzyki.
Ostatecznie dochodzi do sytuacji, w której poziom kortyzolu (hormon stresu) jest w ciągu dnia na nienaturalnie wysokim poziomie, nawet przed zaśnięciem co znacznie wpływa na jakość Twojego snu.

 

2. Elektronika

2
Mam tutaj na myśli zarówno światło niebieskie emitowane przez ekrany, ale również kolejne bodźce emocjonalne, których doznajemy poprzez stymulowanie się przeglądaniem instagrama, facebooka lub oglądaniem filmów i seriali. Emitowane przez ekrany światło niebieskie zaburza naturalne procesy zachodzące w Twoim zegarze biologicznym, m.in. hamuje wydzielanie melatoniny. Ta natomiast pomaga Ci zarówno zasnąć jak i ma wpływ na jakość snu. Nadmiar informacji z social mediów oraz oglądanych seriali przełoży się na większy poziom kortyzolu (który przed snem powinien być nisko) i problem z zaśnięciem gwarantowany.

3. Późne jedzenie

Zbyt późne jedzenie zaburza Twój rytm okołodobowy poprzez aktywację procesów trawiennych. Daje to sygnał dla Twojego organizmu, że jeszcze nie jest pora żeby spać co opóźni wydzielanie się sprzyjających jakości snu hormonów.

4. (niestety) Twoi współlokatorzy i fizyczne otoczenie

Chcesz czy nie, to zarówno Twoi domownicy jak i to gdzie mieszkasz, mogą mieć bardzo duży wpływ na jakość Twojego snu. Weźmy np. sytuację, gdzie Twoja druga połówka ogląda jeszcze serial, kiedy Ty już próbujesz zasnąć. Nawet jeśli sam tego fakt nie jest dla Ciebie problemem, to dobiegające dźwięki i światło, będą wpływały na jakość Twojego snu. Jeśli mieszkasz przy ruchliwej ulicy, również będzie to znaczącym czynnikiem w tym aspekcie.

5. Brak organizacji czasu

Większość z wymienionych „zaburzaczy” Twojego snu jest ze sobą skorelowana. W ciągu Twojego dnia, można wyodrębnić takie pory, w których pewne czynności będą korzystnie działać na Twój rytm okołodobowy, a niektóre niekorzystnie. Dla przykładu najważniejsze i najbardziej energochłonne czynności związane z pracą powinny być wykonywane rano. Często jednak obserwuję sytuację, gdzie osoby zostawiają sobie wszystko na sam wieczór. Wtedy to odpisują na maile, z którymi zwlekali cały dzień i nadrabiają zaległości żeby przygotować się do następnego dnia. Wpływa to na podniesienie poziomu stresu i.. tak – pogarsza jakość Twojego snu.

6. Natłok myśli

Kiedyś sam uważałem, że jest to bariera nie do przeskoczenia. Przecież trzeba przeanalizować cały miniony dzień oraz zaplanować podbój świata w następnych dniach!

Świadomość tego co przeszkadza w zasypianiu jest ważna. Oboje jednak wiemy, że co nieco już wiesz… Informacji o niebieskim świetle, higienie snu itp. znajdziesz w internecie bardzo dużo.

Mało może Ci również dać samo to, że za chwilę poznasz jak sobie z tym radzić.

A to dlatego, że najważniejsza oprócz świadomości i wiedzy jest….

PRAKTYKA!

Poznaj 8 sposobów, które pomogą Ci szybko zasnąć

1. Medytacja

3

Na temat zalet medytacji można by napisać obszerną książkę. W naszym przypadku korzyści jakie przyniesie w celu szybszego zaśnięcia, wywołane będą m.in. wpływem na wyciszenie układu nerwowego.1 Medytacja będzie miała wpływ na zmniejszenie tętna, ciśnienia oraz wprowadzi umysł w stan fal delta2, które występują choćby podczas fazy głębokiej snu.

Inną według mnie ogromną korzyścią będzie umiejętność (z czasem) świadomego bycia tu i teraz oraz wyciszenia umysłu. Oznacza to, że w momencie zaśnięcia nie będziesz myślał o tym co się stało lub tym co będzie jutro. Będziesz też zauważać momenty kiedy Twoje myśli będą szaleć i będziesz potrafił je kontrolować lub zahamować.

Jak zatem medytować?

Przede wszystkim znajdź spokojne miejsce. Możesz siedzieć lub leżeć. Zamknij oczy.
Najprostszą metodą będzie skupianie się na oddechu. Obserwuj trasę jaką pokonuje powietrze dostając się do Twoich płuc i wychodząc z nich.
Za każdym razem kiedy Twoje myśli będą uciekać gdzieś indziej, po prostu wróć do obserwacji oddechu. Częstym błędem jest właśnie poddawanie się w momencie kiedy nie możemy się skupić. A o to właśnie m.in. w medytacji chodzi, żeby nauczyć się jak najszybciej wyłapywać te momenty i wracać do skupienia w tym przypadku na oddechu.

Bardziej zaawansowaną medytacją, którą lubię stosować jest medytacja wedyjska.

 

2. Oddech

Kontrola oddechu działa na bardzo podobnej zasadzie co medytacja. Pracować z oddechem możesz jednak w każdych warunkach i nie musisz dorabiać do tego całej tej otoczki ciszy i spokoju (co dla zaawansowanych medytujących w zasadzie nie ma znaczenia).

W tym przypadku skupmy się na oddychaniu bezpośrednio przed snem, jednak nawet ćwiczenia, które robisz w ciągu dnia, będą miały także wpływ na to jak szybko zasypiasz.

Żeby szybciej zasnąć polecam oddychanie 4-7-8.
Polega ono na oddychaniu nosem, gdzie 4 sekundy bierzesz wdech, 7 sekund wstrzymujesz powietrze i 8 sekund je wydychasz.
Zacznij od 5 pełnych wdechów i stopniowo zwiększasz. Najprawdopodobniej nie zauważysz nawet jak szybko zasnąłeś! Niekiedy przerabiam tę metodę na 4-8, która pomija 7 sekundowe wstrzymanie powietrza. Sprawdź, która opcja jest dla Ciebie efektywniejsza.3

 

3. Higiena snu

Niezmiernie ważne jest to w jakich warunkach zasypiasz! Wliczamy w to zaciemnienie pomieszczenia, głośność otoczenia, materac na jakim śpisz, świeżość powietrza w sypialni, a nawet to ile urządzeń elektronicznych jest w Twoim pobliżu!

Postaraj się, aby w pokoju, w którym śpisz była możliwość całkowitego jego zaciemnienia. Jeśli jest to niemożliwe zaopatrz się w dobrą opaskę na oczy do spania.

Zasypiaj w ciszy. Jeśli nie mieszkasz sam, poinformuj swoich współlokatorów, że idziesz spać i zamknij drzwi od sypialni. Dobrą opcją, do której można się przyzwyczaić są zatyczki od uszu. Wiele osób boi się jednak, że nie usłyszy w nich budzika. Jest to kwestia przyzwyczajenia organizmu, żeby wyłapał cichszy dźwięk. Dobrym rozwiązaniem jest jednak opaska na rękę, np. Xiaomi Mi Band z alarmem wibrującym.

Zainwestuj w dobry materac. Przed zakupem sprawdź czy w pełni Ci odpowiada. Jeśli sypiasz z drugą połówką są materace, gdzie dwie jego połowy mogą mieć różną twardość!

Wyłącz na noc internet w telefonie. Unikniesz w ten sposób dźwięków z nocnych wiadomości, które mogłyby Cię wybudzić lub rozpraszać podczas zasypiania.

4. Suplementacja

Z pomocą ku lepszemu zasypianiu i ogólnej poprawie jakości snu pomogą Ci:

– treonian magnezu: 200mg4
– melatonina: 1-3mg (bierz tylko wtedy kiedy czujesz, że 3 godziny przed snem nie jesteś senny)
– rumianek: 1 napar5
– żeń-szeń indyjski (ashwagandha) – 900mg (weź w przypadku, kiedy czujesz się wieczorem zestresowany lub pobudzony)

Zestaw weź 2-3 godziny przed snem.

(Dawki są sugerowane i najlepiej skonsultować je w swoim przypadku ze specjalistą)

 

5. Światło niebieskie

Ekspozycja na światło niebieskie w godzinach wieczornych jest nienaturalna dla naszego organizmu. Daje sygnał, że ciągle jest dzień i mamy być w trybie gotowości/ pracy – ogólnie pobudzeni. Hamuje ono wydzielanie melatoniny, która pomaga nam zasnąć i wpływa na ogólną jakość snu.

Warto w tej sytuacji zminimalizować ekspozycję na światło niebieskie 2-3 godziny przed snem.

Oczywiście najlepiej byłoby zrezygnować w tym czasie z używania telefonu, laptopa, oglądania telewizji.

Jeśli nie masz takiej możliwości to świetną opcją są okulary blokujące światło niebieskie. Możesz też zainstalować na telefonie i laptopie aplikację blokującą światło niebieskie, np. f.lux.

6. Prowadzenie dziennika

4

Badania pokazują, że rozpisywanie planu na następny dzień pomaga zmniejszyć natłok myśli, który często pojawia się podczas zasypiania.6
Towarzyszy mu również rozmyślanie nad tym co zrobiliśmy danego dnia.7
Tutaj bardzo dobrym rozwiązaniem jest dodanie do swojego dziennika trzech rzeczy, z których jesteśmy z siebie dumni w danym dniu.

Polecam trzymać dziennik obok łóżka i zainwestować 5-10 minut przed snem.


7. Ustalenie grafika dnia zgodnie ze swoim rytmem dobowym

Jak wspomniałem wcześniej Twój organizm ma swój zegar biologiczny. Codziennie różne procesy i hormony są aktywowane i wydzielanie w konkretnych porach, żebyś mógł optymalnie funkcjonować. Dla przykładu hormon stresu (kortyzol), rano jest na wyższym poziomie, abyś się wybudził i energicznie zaczął dzień. Wieczorem natomiast spada, żebyś mógł się wyciszyć.

Warto więc dopasować codzienne zadania do naszego zegara biologicznego.

Przykładowe rozplanowanie kluczowych czynności w ciągu dnia zgodnie z rytmem okołodobowym:
– trening wykonany po przebudzeniu będzie wpływał na utrwalanie informacji, że nasz organizm ma się rozbudzić – co przełoży się też na jakość snu. Nie musi to być główny trening, ale np. 5 minutowy rozruch. Jeśli jednak poważnie traktujesz rozwój masy mięśniowej lub Twoim celem jest budowa siły to dobrą porą będzie godzina 16-17, gdzie temperatura Twojego ciała jest największa i możesz wyciągnąć z treningu jak najwięcej.8
– wypicie kawy zaraz po przebudzeniu będzie sztucznie stymulować wzrost kortyzolu, co może wpłynąć na naturalną jego produkcję. Z drugiej strony zbyt późne jej wypicie (po godzinie 15 i im dalej tym „gorzej”) będzie nienaturalnie pobudzać, gdzie nasz organizm powoli zaczyna tonizować procesy. Kofeina będzie również wykorzystywać receptory adeninowe i w ten sposób wpływać na jakość snu.
– wykonaj swoje najważniejsze zadania do godziny 12, kiedy Twój umysł jest świeży, a organizm hormonalnie nastawiony jest na najtrudniejszą pracę.
– unikaj pracy po godzinie 18, zwłaszcza takiej, która Cię stresuje.
– jak wspomniałem kilka punktów wyżej, staraj się unikać stymulacji światłem niebieskim, ale również wszystkim co może podnosić Twój kortyzol.
– wieczorem wybieraj aktywności, które raczej Cię zrelaksują, np. czytanie książki, rozmowy z bliskimi, gry planszowe i towarzyskie, spacer.

 

8. Kolacja

Na jakość snu pośrednio będzie miała wpływ cała Twoja dieta. Jednak to co zjesz na ostatni posiłek i kiedy go zjesz ma jeszcze większe znaczenie.

Ostatni posiłek warto zjeść 2-3 godziny przed snem. Dobrze też jakby nie było to później niż godzina 21. Daj swojemu układowi pokarmowemu czas na przetrawienie kolacji. Częstym błędem jest podjadanie przed snem co sprawia, że układ pokarmowy angażowany jest do pracy, co oczywiście wpływa również na jakość snu.

Dodatkowo do swojego ostatniego posiłku warto dodać produkty, które bogate są w melatoninę i serotoninę, tj.:9
– wiśnie
– banany
– kiwi
– winogrona
– zielony groszek
– pistacje
– soczewica
– czerwona fasola
– ryż basmati/ parboiled
– żurawina

 

Poprawienie jakości snu i szybkiego zasypiania to tak jak widzisz głównie kwestia odpowiednich nawyków. Ty też możesz je wypracować i cieszyć się dobrym snem.

Poniższa checklista pomoże Ci o nich pamiętać:

☐ min. 1 produkt bogaty w serotoninę lub melatoninę w ostatnim posiłku

☐ włączenie filtrów światła niebieskiego o godzinie 20

☐ 2-3 godziny przed snem: magnez, melatonina, rumianek, ashwagandha

☐ przewietrzenie sypialni przed snem

☐ całkowita cisza lub zatyczki do uszu

☐ całkowite zaciemnienie pokoju lub opaska na oczy

☐ zaplanowanie zadań na następny dzień i trzy sukcesy z dnia dzisiejszego

☐ 10 min medytacji bezpośrednio przed snem

 

Spróbuj powyższych metod i daj znać co się zmieniło!
Jeśli znasz kogoś kto ma problemy z zasypianiem, podziel sie z nim tym wpisem 🙂

 

5 sposobów na depresję jesienno-zimową

Depr

Jest duża szansa, że jesienno-zimowa depresja albo Cię dopadnie, albo… już Cię dopadła.

Podnieś rękę jeśli nigdy nie miałeś z nią do czynienia lub nie znasz nikogo kto by kiedykolwiek ją miał.

Czym w ogóle jest spowodowana?

Dlaczego pojawia się co roku?

I… przede wszystkim, jak jej uniknąć?

 

Jesienna (zimowa) depresja różni się od prawdziwej depresji diametralnie, jednak jej symptomy są bardzo podobne do stanów przed depresyjnych.

Zastanów się przez chwilę:

– czy w ostatnim czasie spadło Twoje samopoczucie?

– czy odczuwasz senność, zwłaszcza około godziny 16/17, której wcześniej nie było?

– rano po przebudzeniu czujesz jakbyś miał „cały świat na barkach”?

– nie chce Ci się spotykać ze znajomymi … i w ogóle z kimkolwiek?

– nagle nie cieszą Cię te rzeczy co kiedyś?

– ogólnie, mało rzeczy Ci się chce?

Jeśli przynajmniej dwa razy kiwnąłeś głową to chyba wpadłeś.

Nigdy nie miałeś do czynienia z żadnym z tych zjawisk? Gratuluję! Jednak dalsza część tego wpisu pomoże Ci poznać mechanizm działania depresji jesienno-zimowej. Dzięki temu będziesz mógł świadomie jej unikać i pomóc w tym swoim bliskim!

Naukowcy nie ustalili jednolitych przyczyn jesienno-zimowej depresji. Jest natomiast wiele czynników, które na każdego mogą wpłynąć w inny sposób.

Poznaj przyczyny depresji jesienno-zimowej i sposoby jak im zapobiegać

1. Dzień trwa krócej

Jedną z głównych przyczyn może być skrócenie się dostępu do światła słonecznego w ciągu dnia. Noce i wieczory stają się dłuższe, a dzień krótszy.

Ma to bezpośrednie przełożenie na rytm okołodobowy.

Wstajesz rano o 6? Nadal jest noc. Twój organizm nie dostaje naturalnego sygnału od słońca, że czas już przestawić się w „tryb pracy”. Dokładniej, chodzi o wydzielaniu hormonu – serotoniny. Światło słoneczne jest uważane za czynnik powodujący aktywację zwiększonej ilości serotoniny. Z drugiej strony, z każdym dniem coraz wcześniej zaczyna się robić ciemno. Nasz organizm przyzwyczajony jest, że ciemno = zwiększona ilość wydzielanej melatoniny i co za tym idzie poczucie senności.

Jak w takim razie sprawić żeby nieuniknione skrócenie dnia nie wpływało na nasze samopoczucie?

Oszukaj organizm. Daj mu sygnał od razu po przebudzeniu, że jest już dzień i, że musi podkręcić obroty.

– zrób 5 minutowy trening (2 ćwiczenia rozciągające, przysiady, pajacyki, pompki),

– włączaj o poranku żarówkę ledową o mocy większej niż 5300K w połączeniu z żarówką led z podczerwienią (InfraRed -IR); w żadnym wypadku nie zastąpi to światła słonecznego i korzyści płynących z ekspozycji na nie jednak z pewnością trochę pomoże,

– dobrym połączeniem będzie naświetlanie z 5-minutowymi ćwiczeniami.1,2

2. Zmniejszone wytwarzanie witaminy D

Znacznie skrócony dostęp do światła słonecznego w okresie jesiennym i zimowym powoduje znaczne zmniejszenie się naturalnego syntezowania się witaminy D. Zwłaszcza w momencie kiedy od 8 do 16 jesteś zamknięty w biurze.

Witamina D jest hormonem, który jest bardzo istotnym elementem w wielu procesach naszego ciała.

Wpływa na rozwój komórek, funkcjonowanie układu mięśniowego, nerwowego i immunologicznego. Działa również przeciwzapalnie.

Jak to się tyczy depresji jesienno-zimowej? Niski stan witaminy D został powiązany z symptomami depresji, natomiast zwiększenie stężenia witaminy D zmniejszało ją. W analizie badań stopień działania porównywalny był do leków antydepresyjnych.

Rozwiązanie?

Zadbaj o prawidłowe stężenie witaminy D. W okresie jesienno-zimowym, przyjmuj codziennie 4000 j.m. wraz z 100-200mcg witaminy K2.3,4 

3. Obniżona odporność

Sezon jesienno-zimowy znany jest między innymi z częstych zachorowań. Jednym z powodów jest osłabienie organizmu co powoduje możliwość zakażenia wirusem, bakterią.

Narażona w tym wypadku jest też nasza mikroflora jelitowa oraz ogólny stan jelit. A z uwagi na to, że 90% serotoniny produkowane jest właśnie w jelitach to rozsądnym będzie zadbanie o nie J

W związku z powyższym, warto zachować pewne czynności prewencyjne.

– przyjmowanie wyżej wspomnianej witaminy D,

– picie mixu z 2 g kurkumy (przyprawa), 1 g imbiru sproszkowanego, odrobiny pieprzu czarnego (czubek łyżeczki) i wody; mało jest fanów smaku, jednak korzyści płynące z codziennego spożywania takiego napoju są nieocenione!

– przyjmowanie probiotyku wieloszczepowego (np. firmy Sanprobi), który wesprze mikroflorę jelitową

4. Pochmurna pogoda – pochmurny nastrój

Niestety w okresie jesienno-zimowym oprócz wyżej wspomnianego braku słońca często jest mokro, zimno i wietrznie. Pewnie nie raz zwróciłeś uwagę, że w takich warunkach wszystko dokoła jest po prostu #$%!@# …brzydsze. Poza tym, (zwłaszcza jeśli pracujesz w korpo) wszyscy wokół narzekają na brzydką pogodę i na tę nieszczęsną „depresję”. Nawet jeśli nie chcesz to i tak po części przejdzie to na Ciebie.

Zaskocz pochmurnego rozmówcę i daj przeciwny argument. Brzydka pogoda? Dobrze, że jesteśmy w środku budynku i nie musimy moknąć J Zimno? Nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednio ubrani ludzie. Mało energii? Zróbmy sobie małą przerwę na kubek dobrej kawy.

Praca domowa – zacznij wychwytywać negatywne nastawienie. Z czasem automatycznie zauważając takie myśli będziesz je kontrować tymi pozytywnymi!

5. Znajdź ciekawe zajęcie

Wszystkie powyższe czynniki wpływają na to, że po prostu Ci się nie chce. Postaraj się jednak znaleźć ciekawe zajęcia/ hobby do wykonywania w wolnym czasie. Nie mieszkasz sam? Zaangażuj w to domowników!

W momencie kiedy będziesz mieć do czego wracać w domu, nawet nie będziesz mieć czasu żeby się nudzić czy łapać stan depresyjny J

Nie daj się depresji jesienno-zimowej!

Prawdą jest, że każdy jest na nią narażony, jednak działając świadomie i z głową, zdecydowanie możesz jej zapobiec i być jednym z tych, którzy denerwują wszystkich wokół swoim optymizmem! 😀

Dla Twojego dobrego samopoczucia ważne jest też sprzyjające otoczenie. Podziel się powyższymi wskazówkami ze swoimi znajomymi, kolegami z pracy, z domownikami i odkryjcie uroki jesieni oraz zimy! 

Podobał Ci się ten artykuł? Będę wdzięczny jeśli udostępnisz go na swojej tablicy albo wyślesz znajomym, oraz rodzinie w prywatnej wiadomości lub mailem, tak, żeby inni również mogli skorzystać z tych wskazówek.

Portret small